Kategorie
Filmoteka

Jojo Rabbit – kolejna pułapka producentów

Nie będę ukrywać, że moje gusta filmowe są niewysokie. Jestem odbiorcą kina wysokobudżetowego, raczej o lekkiej tematyce. W marcu ubiegłego roku przeszłam ciężką chorobę zwaną marvelozą, która objawiała się nałogowym nadrabianiem filmów superbohaterskich i wielkim przeżywaniem Avengers: End Game. Dlatego też Taika Waititi nie jest mi znany z małych acz nagradzanych filmów autorskich, ale… no co tu ukrywać… jego Thor pozostaje moim ulubionym filmem nie tylko spod znaku Marvela, ale ulubionym filmem w ogóle. Świetna, kolorowa opowieść przetkana doskonałym humorem, nie gubiaca jednak swojej emocjonalnej głębi. No ale, nie o bogu pioruna dzisiaj, a o najnowszym filmie tegoż autora. I to filmie w którym pełni on popiątną rolę! Inicjatora adaptacji, producenta, scenarzysty, reżysera i aktora. Mowa oczywiście o oscarowej produkcji Jojo Rabbit, którą widziałam w ubiegłą niedzielę.

Jojo Rabbit to film o niemieckim dziesięcioletnim chłopcu, którego wychowuje samotna matka (o ojcu słuch zaginął na froncie włoskim dwa lata wcześniej). Czasy są trudne – trwa II wojna światowa i mimo propagandy sukcesu, coraz bardziej wiadomym się staje, że Niemcy raczej tego nie wygrają. To przynajmniej widzą dorośli, bo główny bohater Jojo – mimo swojej wrażliwości – jest zadeklarowanym młodym nazistą ślepo wierzacym we wtłaczane mu do głowy treści. Jego skrajne poglądy muszą jednak zostać zweryfikowane, gdy pewnego dnia odkrywa w ścianie swojego domu młodą Żydówkę. Sprawę komplikuje fakt, że przyjaciółkę jego zmarłej siostry ukrywa ukochana mama, zatem wydanie jej w ręce gestapo mogłoby zagrozić całej rodzinie.

Czy spodziewałam się ciężkiego dramatu antywojennego pokroju Chłopca w pasiastej piżamie czy też depresyjności obozu zagłady obmalowanego w Życie jest piękne (a na tych filmach na pewno nie zobaczylibyście mnie na sali kinowej…)? Raczej nie, ponieważ mimo zbliżonej tematyki, akcent wszelkich akcji promocyjnych został położony na tym jednym drobnym elemencie, który celowo pominęłam w powyższym opisie – wymyślonym przyjacielem Jojo jest sam Adolf Hitler grany przez Taikę Waititi’ego. W wywiadach autor zdradza, że studio które w końcu wyraziło zgodę na zrealizowanie adaptowanego przezeń scenariusza postawiło warunek – to Ty musisz zagrać Hitlera. Przyznam, że był to marketingowy strzał w dziesiątkę. Masowa publika (której stanowię jakąś nanoczęść) nie lubi za bardzo chodzić na ciężkie, depresyjne filmy wojenne. Ale czarna komedia? Zwłaszcza taka zrealizowana przez słynącą z talentu komediowego hollywoodzką gwiazdę? Zwłaszcza, że nie tylko słyszysz, że to film Waititi’ego, ale widzisz go na każdym plakacie, w każdej zabawnej scenia trailera? Idąc do kina jedyną moją obawą było to, czy nie przesadzi, czy w pewnym momencie żartów nie będzie za dużo, a groza wojny zostanie tylko pretekstem, a nie przestrogą z którą widz wychodzi z kina. Cóż… Film Jojo Rabbit okazał się kolejną pułapką producentów. Do domu wracałam zapłakana.

Nie jestem znawcą kina, wydaje mi się jednak, że komediodramat byłby bardziej adekwatnym, choć zdecydowanie mniej opłacalnym określeniem gatunku tego obrazu. Przejmujący, straszny, z sercem po właściwej stronie… O tym, że Jojo Rabbit komedią nie jest, a ma jedynie zabawne elementy, zdałam sobie sprawę bardzo szybko – kiedy nastoletni nazista ukręcił łeb królikowi i cisnął nim o drzewo… Wyimaginowany przyjaciel też taki śmieszny wcale nie był, jak wskazywałyby na to materiały promocyjne. W filmie nie było go tak wiele, a ważniejsza była sama relacja z wymyślonym führerem niż to, że wściekły kopnął raz krzesło czy jadł pieczoną głowę jednorożca. To jego rozmowy z Jojo, pokazywały zmianę podejścia chłopca do wpajanych mu wartości, podkreślały też absurd ówczesnej propagandy. Widząc bowiem Taikę robiącego grymasy, gestykulującego i wykrzykującego nazistowskie hasła uśmiechasz się pod nosem. Myślisz sobie – co za brednie, co za przerysowana przemowa. A potem uśmiech zastyga ci na twarzy, bo wiesz, że tak własnie te przemowy wyglądały, taka była rzeczywistość, a ludzie za tym ślepo szli.

Jest kilka filmów, które oszukują w ten sposób. Udają, że są komediami, a potem dostajesz prawilną opowieść pełną dramatu i łez, albo w najlepszym wypadku słodkogorzki obyczaj. Nie lubię tego zabiegu bardzo, nawet jeśli wiem jakie są jego zalety – więcej publiczności do której się dotrze, czy też wyboldowanie ważnych tematów w humorystycznej oprawie na zasadzie kontrastu. W tym konkretnym przypadku chyba jednak wybaczę marketingowcom. Obraz był piękny i ważny dla mnie, a gdyby nie nałożenie mu komicznej maski, to z pewnością bym go ominęła szerokim łukiem.

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

W odpowiedzi na “Jojo Rabbit – kolejna pułapka producentów”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s