Kategorie
Filmoteka

Good Omens – w końcu nadrobiony!

Micheal Sheen i David Tennant
– sądzę, że na planie bawili się przewybornie!

Był taki moment w moim życiu, kiedy twórczość Terry’ego Pratchetta uchroniła mnie przed kompletnym zapadnięciem się w intelektualną nicość. Nigdy nie byłam jakimś zapalonym czytelnikiem, ale jego Świat Dysku dawkowany w liczbie dwie książki na tydzień skutecznie wyrwał mnie z marazmu, zadbał o słownictwo oraz o kreatywność w tworzeniu metafor tak odległych, że nie dla każdego trafnych. Pośród jego dzieł duże wrażenie zrobił na mnie Dobry omen, choć to książka napisana w tandemie z innym brytyjczykiem Neilem Gaimanem. Stanowi ona parodię horroru z lat 70 o podobnym tytule (Omen :P) w którym syn amerykańskiego ambasadora okazuje się być antychrystem. No cóż, w Dobrym omenie w wyniku „małej” pomyłki antychryst trafia do żyjącej na przedmieściach Londynu normalnej rodziny, a opowieść toczy się wokół prób zatrzymania nadciągającego armagedonu przez anioła, demona i jeszcze kilka innych osób. Ale dziś nie o książce mowa, a o jej adaptacji, która pojawiła się w formie miniserialu w ubiegłym roku na platformie Prime Video. Recenzje były dość mieszane, spotkałam się nawet z opinią, że serial w sumie jest dość nudny, a to nie wróżyło za dobrze, skoro jego treść toczy się wokół końca świata. Jako wielka fanka książki usiadłam więc do obrazu nieco zaniepokojona i chyba dzięki dostatecznie niskim oczekiwaniom bawiłam fantastycznie!

Najjaśniejszymi gwiazdami, które lśniły i kradły dla siebie całe przedstawienie byli odtwórcy głównych ról Micheal Sheen oraz David Tennant. Wchodzący w rolę kolejno anioła Azirafala oraz demona Crowley’a przegenialnie oddali świetnie skrojone postaci, ich motywacje, pragnienia i wiele, wiele detali czyniących nadnaturalne istoty bardzo wiarygodnymi bohaterami. Ich relacja sięgająca pewnego incydentu z jabłkiem jest wartością samą w sobie, bawi i niekiedy nawet wzrusza. Moja ulubiona scena to reminiscencja kompletnie nie związana z fabułą, kiedy Crowley ratuje anielski tyłek Azirafalowi w czasie II Wojny Światowej. Jest to całkiem miłe z jego strony i wymaga dużego poświęcenia (by to zrobić musi wejść na poświęconą ziemię). Ale rzeczą absolutnie przewzruszającą był fakt, że uratował nie tylko ciało Azirafala, ale też jego książki, mając w pamięci jak bardzo mu na nich zależy. Łezka w oku się zakręciła, takie drobne gesty mówią więcej niż tysiąc słów.

W totalnej opozycji stoi oddanie w serialu życia antychrysta i jego przyjaciół. Dzieciaki wyglądały tak, jakby… no cóż… ktoś im napisał tekst na kartce, one się tego nauczyły i potem wypowiadały przed kamerą. I nawet jeśli są to świetne kwestie (w końcu sam Neil Gaiman napisał scenariusz, więc nie mogło być inaczej!), to młodzież jest tu po prostu drewniana. Nie obwiniam aktorów, podejrzewam, że reżyser po prostu nie ma ręki do dzieci. Co więcej, produkcje pokroju Stranger Things, czy opisywanego przeze mnie ostatnio Jojo Rabbit po prostu zawieszają poprzeczkę ekstremalnie wysoko. Szczególnie w zestawieniu z dorosłymi aktorami dzieciaki wypadły bardzo blado. Co gorsza, to nie drewniane dzieci były najsłabszym ogniwem tej produkcji. Najbardziej zawiedli mnie bowiem Czterej Jeźdźcy.

Drzeworyt Albrechta Dürera
– najsłynniejsze zobrazowanie Jeźdźców

Jak na każdą szanującą się apokalipsę przystało, nie mogło zabraknąć Jeźdźców. Śmierć, Wojna, Głód oraz (w zastępstwie Zarazy, która przeszła na emeryturę) Skażenie zbierają sie w toku całej opowieści, by wyruszyć w swoją ostateczną podróż. Z charakterystycznym angielskim humorem przedstawiane były współczesne życiorysy trójki Jeźdźców, którzy przez wieki przebywali wśród ludzi: rudowłosej korespondentki wojennej, wychudzonego promotora diet bezjedzeniowych czy… skromnego pracownika elektrowni czy tankowców powodującego straszliwe katastrofy ekologiczne. Śmierć zaś był nikim innym, jak znanym dwumetrowym kościotrupem odzianym w czerń, przeniesionym wprost ze Świata Dysku. Choć w Dobrym Omenie był nieco straszniejszą figurą, to czytelnikom obeznanym z serią Pratchetta zdawał się przyjemnie znajomy. Wystarczył fakt, że jak zawsze przemawiał DRUKOWANYMI LITERAMI, z adekwatnym opisem głosu posiadającego głębie przesuwanej granitowej płyty, tudzież otwieranej krypty. Niestety, mimo świetnego castingu (no może poza Skażeniem) i całkiem znośnymi efektami specjalnymi, Jeźdźcy zdają się być tylko niepotrzebnym dodatkiem totalnie pozbawionym grozy i ikry. Reżyser kompletnie nie oddał ani przerażającej nieuchronności ich podróży, ani też czarnego humoru jakim byli podszyci, przez co finał zdaje się być totalnie miałki. A Śmierć… Śmierć mówi po prostu za szybko :/ Czekałam bardzo na Jeźdźców, bo uwielbiałam ich w ksiażce, ale w toku odcinków pozostało mi w głowie dopowiadać na szybko wszystkie detale na które zabrakło czasu antenowego, funduszy (ech, te biedamotocykle…) i szczypty talentu. Ostatecznie jednak, sumując wszystkie plusy i minusy to bilans wychodzi dodatni. Dlatego też polecam, jeśli dysponujecie kilkoma godzinami wolnego i lubicie takie tematy. Dla Sheena i Tennanta, bo szczęśliwie jest ich tam najwięcej!

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s