Kategorie
Kuchnia Pokój zwierzeń

Wegerodzina cz. II – podstępne taktyki wegan

Jak wspomniałam w pierwszej części wegerodziny, punktem wyjścia do mojej opinii na temat diet opartych na warzywach była bardzo stereotypowa pogarda do odmienności. Osoby rezygnujące z mięsa (nazwijmy je roboczo „wege”, chowając wszystkie „-tarianizmy” czy „-anizmy” na później) jawiły mi się jako ekologiczne oszołomy wymiotujące na widok kawałka kurzej piersi, ludzie których kompletnie nie warto słuchać. Tymczasem, zupełnie obok tej niechęci, cała idea ograniczenia mięsa wkradała się mimo wszystko, systematycznie i niepostrzeżenie. Dzisiaj przedstawię wam najbardziej podstępne wegetaktyki i ani słowa o ekologii!

Przykładem, nie przemocą

Chrzest albo śmierć! – tak często wyobrażamy sobie wzniosłe działania np. konkwistadorów, którzy pragnęli przemocą zaprowadzić na całym świecie europejski ład. Przez swój krwawy odcień te opowieści zdecydowanie mocniej zakorzniły się we współczesnej popkulturze, gdy myślimy o chrześcijańskim misjonarstwie. Zdecydowanie mniej mówi się o skrajnie odmiennych, pacyfistycznych wyprawach. Zakonnicy i świeccy osiedlają się po dziś dzień w różnych odległych „dzikich” miejscach, zakładają szpitale i szkoły. Uczą się kultury miejscowej ludności, prowadząc przy tym spokojny żywot zgodny z własnymi zasadami. Jeśli ktoś zaciekawi się chrześcijaństwem to fajnie, ale nie jest to wymóg by widzieć w nim człowieka. Choć nie znoszę porównywania wege do religii, ten jeden raz pozwolę sobie zauważyć swoistą analogię. Kiedy boisz się obcego podejścia, kompletnie go nie rozumiesz, a po głowie latają ci różne stereotypy, to nic tak dobrze nie robi jak spotkanie z przedstawicielem tego podejścia. W trakcie takiego spotkania ta osoba wykrzyczy ci wszystkie swoje racje, opluje twoje wartości i kuchnię twojej mamy, a następnie nazwie cie mordercą i wyjdzie z hukiem trzaskających drzwi. Hehe, żartowałam. Nic tak dobrze nie robi jak poznanie tej osoby, gdy się nie wie, że ma coś ona wspólnego z tym obcym podejściem. Serio. Człowiek z wypisanym bojującym weganizmem na koszulce z hasłami w stylu „Natki Boskiej” czy „Ave Seitan” zwyczajnie odrzuca nieprzekonanych. Ale gdy twój kolega z pracy kolejny dzień z rzędu przyniesie smakowicie wyglądający lunch box? Gdy zauważysz, że tam znów dużo fasoli i cieciorki, a żadnej szynki? Możesz zapytać o dietę i on ci o niej opowie. Bez oceniania ciebie i twojej postawy wobec życia. Za to z fajnymi przepisami, które możesz przecież spróbować, bo smaczne i zdrowe, czyż nie? I tu płynnie przechodzimy do drugiej wegezasadzki.

Wege żarcie potrafi być smaczne i sycące

Istotnym punktem, który mocno mnie popchnął w kierunku wegewyspy szczęśliwości, była impreza sylwestrowa, na której każdy przynosił jakąś przekąskę. Co ważne – domówka nie miała narzuconej narracji kulinarnej. W pewnym momencie usłyszałam jak jedna z dziewczyn, której obłędne paszteciki znikały w moim gardle jeden po drugim (na swoje usprawiedliwienie powiem, że było ich bardzo dużo i dla każdego starczyło), wypytuje gospodynie o to, co spośród pozostałych smakołyków jest wege. Z zastanowieniem przyjrzałam się pasztecikowemu koniu trojańskiemu. Dobrze zgadliście – był z soczewicą! Wtedy pierwszy raz usłyszałam o blogu jadlonomia.com. Pół roku później w ręce wpadła mi rewelacyjna książka „Nowa Jadłonomia” Marty Dymek. I tam przeczytałam absolutnie kluczowe zdanie dla zrozumienia, dlaczego kuchnia wegetariańska kojarzyła mi się z jedzeniem miałkim i przelatującym przez układ pokarmowy bez większej refleksji. Gdy je się same warzywa, potrzeba odpowiedniego zbilansowania (np. nie wolno zapominać o białku) oraz trzeba dbać o umami – o piątym smaku, który nasze mózgi kochają. W mięsie masz umami niejako za darmo. Bez mięsa trzeba się postarać, trochę pokombinować i… np. dorzucić do potrawy na pewnym etapie gwiazdkę anyżu (sic!). Albo nie szczędzić sosu sojowego lub przecieru pomidorowego. Albo w odpowiedniej kolejności podsmażać, dusić lub doprawiać. Dla wegeludzików to pewnie nic nowego, dla mnie było to wielką eureką. Udało mi się też wreszcie wyplenić myśl, że jeśli jedna rzecz Ci nie smakuje, to cała dieta roślinna jest do niczego. Bo wiecie… jak wam nie smakuje golonka, to przecież nie rezygnujecie z szynki, prawda? Nienawiść do lodów czekoladowych z miętą nie oznacza nienawiści do lodów jako tako. Dlaczego więc jeden krem czekoladowy z awokado, czy chybiony przepis na jagielnik miałyby oznaczać bezsensowność wegańskich słodyczy czy wegańskiej diety w ogóle? Kiedy teraz o tym myślę, widzę jakie to jest głupie. Sama jednak trwałam w tym przekonaniu, aż zaczęłam testować przepisy – łatwe, z dostępnych i tanich produktów. I nagle się okazało, że może być smacznie i sycąco. Wystarczyło trafić na dobre wskazówki.

Gry na zielonej służbie

Ostatni przykład jest niezwiązany z jedzeniem, tym bardziej należy mu się laur największej zielonej podstępności! Był taki czas, gdy sporo grałam w Divinity Original Sin. Gra o treści fantastycznej, w której wcielasz się w kogoś na kształt łowcy czarowników. Przemierzasz świat jako główny bohater epickiej opowieści (krótko mówiąc, musisz uchronić wszystkich przed końcem świata) , rozmawiasz z różnorodnymi postaciami, stawiane są przed toba wybory natury etycznej, walczysz z potworami i kultystami… Zdawałoby się – spokojna rozrywka bez żadnych podtekstów. Był jednak pewien element, malutki detal, który utkwił we mnie tak mocno, że do dziś nie mogę się tego kolca, tego wyrzutu sumienia pozbyć. Jako gracz można było zdecydować, że bohater niczym Doktor Dolittle nabywa umiejętności rozmawiania ze zwierzętami. Recenzje zachęcały do tego kroku, ponieważ dużo fabuły – różnego rodzaju zadań i smaczków – można było odkryć dzięki zagadywaniu włochatych czworonogów czy pierzastych dwunogów. Zaczynało się więc całkiem niewinnie. Rozmowa z owcą mogła zasugerować nam kto jest winny morderstwa w prowadzonym przez nas śledztwie; wysłuchiwaliśmy opowieści kota podróżnika i mogliśmy mu pomóc w zdobyciu miłości kotki burmistrza; leśna gawiedź wskazywała nam drogę; mogliśmy też uratować starego koguta przed wylądowaniem w garze z rosołem (przekomiczna scena, he…he…). Akcja jednak się zagęszcza. Ścigamy kultystów, którzy krwawą ofiarą napełniają kamienie mistyczną mocą, mogącą między innymi uzdrawiać. Czy zabijemy kurę, żeby zdobyć taki kamień? No jasne! Czy nie robimy tego w chorobie posilając się zdrowotnym rosołkiem (pisałam już dzisiaj o rosole…)? A czy zrobimy to, gdy ta kura będzie zawodzić, że chce wyjść z pieczary i wrócić do swoich kurcząt…? To jeszcze lekki kaliber, bo twórcy gry naciskają na paradoks mięsożercy jeszcze bardziej – lubimy jedne zwierzęta, pomagamy im, a inne zabijamy. Gdzie postawimy granicę? Co jest przyjacielem, a co żarciem? Gdy już czułam się całkiem nieswojo, trafiłam w lesie na rolnika z trzodą – od zwierząt dowiadujemy się o ich „prywatnym” życiu, o tym, że ich człowiek jest taki wspaniały i troskliwy, że zabrał je na wycieczkę. Od człowieka zaś wiemy, że idzie je sprzedać w Srebrnym Jarze. Wiecie kto mieszka w Srebrnym Jarze? Kultyści. Byłam tam i wiedziałam, że nie ma tam ani jednego zwierzęcia. Wiedziałam co z tymi zwierzętami robili. Wiedziałam też, że nigdzie nie ma też więźniów, skazańców, kalek, żebraków, sierot… Ulice były (jak to określała jedna z postaci w grze) oczyszczone. Zdaje sobie sprawę, że to tylko gra – nie musicie się martwić o to, że miesza mi się fikcja z rzeczywistością. Wspomniany paradoks mięsożercy fikcją jednak nie jest, a przebywanie w fantastycznym świecie bardzo ostentacyjnie mi to wytknęło. Nie miałam tego za złe twórcom, nie robili tego agresywnie, podejrzewam, że na większości graczy nawykłych do gorszych i krwawszych historii w ogóle nie zrobiło to wrażenia. Ale jeśli na 100 osób dotknie to jedną, to możemy mówić o sukcesie. Kropla drąży skałę.

Takie to właśnie były różne idee zasiewane w mojej głowie na przestrzeni kilkunastu miesięcy i sobie rosły, rosły aż wyrosły. Nie jestem weganką, ani nawet wegetarianką. Znalazłam w internetach, że to sie nazywa fleksitarianizm, czyli po prostu ograniczanie spożycia mięsa (zazwyczaj do jednego/dwóch posiłków w tygodniu). Złośliwi powiedzieliby – jesteś wege wtedy, kiedy Ci to pasuje, ale prawda jest taka, że dla planety (cholera, jednak ta ekologia się napatoczyła!) każde ograniczenie jest dobrym pomysłem. Poza tym, fanatycy znajdą się wszędzie i dobrze wiemy, że nie warto ich słuchać 🙂

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

2 odpowiedzi na “Wegerodzina cz. II – podstępne taktyki wegan”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s