Kategorie
Kuchnia

Stranger wegedish – niby normalna sałatka, a jednak…

Oto kolejna odsłona moich zmagań z różnymi przepisami po zielonej stronie mocy 🙂 Przedstawiam wam pochodzącą z mojego ulubionego wegebloga jadlonomia.com zimową sałatkę z komosą ryżową. Tym razem eksperyment, który zakończył się… czymś bardzo, bardzo dziwnym. Czy mi to smakuje? Chyba nie. Czy mi to nie smakuje? Chyba też nie. Potrawa zawieszona gdzieś w limbo mojego gustu, jest totalnie niedefiniowalna! Nieprędko do niej wrócę (też dlatego, że wyszła wielka micha i jem to kolejny dzień). Oto moja przygoda ze stranger wegedish 😀

Sałatka zasadniczo składa się z czterech grup komponentów:

  • bazy w postaci komosy ryżowej znanej też jako quinoa
  • kilku warzyw korzennych do pieczenia w piekarniku: marchew, pietrucha i dwa buraki
  • superdodatków co omijają piekarnik: jabłko, orzechy i nać pietruszki
  • dresing na bazie oliwy, którego najważniejszym składnikiem jest podprażony na patelni kminek.
Ten garnek oberwał z przypalenia już trzy razy w przeciągu tygodnia. Komosa jednak magicznie nie przywarła, mimo, że zgodnie z instrukcją nie mieszałam jej 🙂

Najlepiej poszło mi z bazą 😀 Dokładne instrukcje dotyczące gotowania komosy zadziałały w 100%. Ich obecność oraz skuteczność to była super sprawa, ponieważ komosa ryżowa pojawiła się w moim domu po raz pierwszy. Sądziłam, że równie gładko pójdzie z warzywami, ale 20 minut w piekarniku to było dla nich trochę za mało. Były dość twarde, miałam wrażenie, że surowe. Pozostawiłam je jednak w takim stanie, bo a nuż właśnie taki efekt miał być uzyskany? Możliwe, że na mój odbiór wpłynęły nieco zbyt duże paski, jakie uczynił z nich mój mąż. Trudno powiedzieć, przyzwyczaiłam się już do mięciusich warzyw z piekarnika, które pieczone są już w formie frytek, a nie krojone po wyciągnięciu. Trudne sprawy!

Z super dodatków oczywiście zapomniałam o pietruszce, która paradoksalnie była dla mnie główną motywacją do zrobienia tego przepisu. Na co dzień nie przepadam za zieleniną, jednak jest to szalenie ważne by żreć witaminę C – pomaga we wchłanianiu żelaza, o co szczególnie trzeba dbać w przypadku wegediety! Ostatecznie posiłkowałam się suszoną (shame, shame, shame…). Tak mnie ta cała sprawa zaabsorbowała, że pomyliłam też orzechy i w sałatce wylądowały włoskie. Prawie ominęłam jabłko (mąż wciąż nie uznaje owoców w warzywnych sałatkach, no ale kiedyś uważał, że dynia jest trująca więc co on tam wie?) i cieszę się, że w ostatniej chwili je dokroiłam. Jabłko jest elementem który NA PEWNO mi smakuje i pasuje. Bo widzicie, całe limbo onej sałatki wywołał jej sos.

Jak dotąd prażyłam na suchej patelni tylko pestki i orzechy. Przyszedł czas na przyprawy!

Sos miał w sobie wszystko co potrzebne. Tłuszcz, słodycz, kwaśność, słoność i… dziwny intensywny składnik 😛
A konkretniej był to kminek z patelni. Po poddaniu go obróbce cieplnej zyskał nieznanego mi wcześniej aromatu.
I chyba stąd całe zamieszanie z tak prostą do zrobienia sałatką – czy ja ją w końcu lubię, czy nie lubię? Czy to mi smakuje czy nie? W połączeniu z orzechami całość nabrała takiego kminkowo-orzechowego posmaku, którego nie potrafię zaklasyfikować.

Nie wygląda tak ładnie jak u Marty Dymek, wszystko przez tę suszoną natkę…

PLUSY

  • robi się to na prawdę szybko
  • nie wymaga użycia (i potem mycia) blendera
  • komosa robi za białko, a żelazo z buraków działa z nacią
  • jabłko tu dobrze działa
  • lepiej smakuje na zimno jak się przegryzie

MINUSY

  • nie umiem powiedzieć czy mi smakuje, a to chyba nie najlepiej xD
  • krojenie warzyw po pieczeniu jest nieco upierdliwe i nie jestem pewna czy one miały być aż takie chrupiące
  • szklanka orzechów to spory cios w moją spiżarnię

SUMA

Myślę, że mimo braku zachwytów to cieszę się, że popełniłam tę potrawę. Nowy smak, nowe tereny… Trochę ten eksperyment pokazał mi jak mało wiem jeszcze o kuchni w ogóle. Trochę się boję co to będzie jak jakieś seleryby pojawią się u nas na stole, skoro na taką kminkowo-orzechową mieszankę potrafię zareagować tak intensywnie.


PS. W przepisie stoi, że to na 4 porcje, a my to jemy i jemy i zjeść nie możemy. Dawkujemy sobie 😀

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s