Kategorie
Pokój zwierzeń

Trudna sztuka komunikacji cz. II – działające skróty myślowe

Działające skróty myślowe? To brzmi jak oksymoron! W poprzedniej części trudnej sztuki komunikacji pisałam o tym jak trudno się zrozumieć, jakie czasem wielkie dyskusje są potrzebne, by być pewnym, że druga osoba odczytała nasz komunikat zgodnie z intencją. A tu wylatuje ze skrótami, które tną, szatkują, przeżuwają i wypluwają myśli w wersji ultra light. Jedno, dwa słowa zamiast całego ich wiadra. Kiedy to ma prawo zadziałać? Ano wtedy, jak wcześniej z drugim człowiekiem przegadamy i umówimy się na pewne znaczenia. To nawet nie musi być Wielkie Spotkanie Omawiania Znaczeń, czasem wychodzi to mimowolnie podczas rozmowy. Tak działa sekretny język partnerstwa/rodzicielstwa/przyjacielstwa no ogólnie jakiejkolwiek relacji, która ma wyrobione dupogodziny rozmawiania o wszystkim. Potem do siebie można wysyłać znaki dymne i nikt spoza ciasnego kręgu tego nie zrozumie. Dzisiaj podzielę się z wami moimi ulubionymi skrótowcami, które rewelacyjnie sprawdzają się nie tylko w pożyciu małżeńskim 😉

Szacunek do zupy

Ostatnio w rozmowie z przyjacielem miałam taką refleksję, że gdybym miała określić swoją pasję obierając za kryteria ilość czasu, energii oraz pieniędzy, to byłaby to eksploracja swojego życia emocjonalnego. 5 lat psychoterapii, regularnych spotkań i grzebania na nich w odmętach świadomości i nieświadomości zrobiło swoje. A że najbardziej lubiłam pracować na metaforach, to wypracowane tam słowa i zwroty płynnie przeszły do mojego życia codziennego. Zupa moi drodzy, jest niczym innym jak procesem. Jak robisz rosół, to zbierasz wszystkie ingrediencje (różne mięsiwa, warzywa, przyprawy) i odpowiednio je przygotowawszy wrzucasz je do lodowatej wody. A potem ta zupa się gotuje. I gotuje. I gotuje. Nie można oczekiwać od rosołu, że będzie smakowitym, esencjonalnym wywarem zaraz po dotknięciu zimnej tafli. Nie stoisz nad garem ze stoperem w ręku, nerwowo tupając nogą i irytując się, że to tyle trwa. Nie podkręcasz ognia na maksa – to tylko zepsuje efekt. Gotowanie zupy to nie tylko szacunek do czasu, jaki ona potrzebuje. Niejednokrotnie czytałam, że najlepsze rosoły wychodzą, kiedy się o nich po prsotu zapomina. Także ten… kiedy chcesz coś w sobie zmienić, przepracować, pozbyć się jakiejś dręczącej ciebie zaszłości, to możesz rozmawiać, analizować, odgrzebywać wspomnienia. Możesz zagłębiać się w nie i przeżywać emocje z nimi związane. Ale potem, gdy już to wszystko zbierzesz, to potrzebny jest czas. Twój mózg potrzebuje go na ten proces, a ty choćbyś stanął na rzęsach i zaklaskał stopami, to tego nie przyspieszysz. Właśnie tak! Szanuj swoją zupę 🙂 To, że nie masz efektów od razu nie oznacza, że w środku temat nie pyrka na małym ogniu.

Puste dzbanki

Inne wyrażenie z powodzeniem stosowane w naszych czterech ścianach to informowanie drugiej osoby o tym, ile jeszcze pozostało w dzbanku. Dzbanek został zapożyczony wprost z codziennych wpisów na facebooku obserwowanej przeze mnie DyleMatki, która na co dzień zajmuje się tematyką regulacji emocji w wieloosobowej rodzinie. Teorię Self-Regu (czyli samoregulacji emocji, podstaw ich pojawiania się oraz taktyk na skuteczne radzenie sobie z nimi) dopiero liznęłam, książka o tym tytule dra Shankera czeka na półce w kolejce na przeczytanie i zrecenzowanie. Niemniej jednak bardzo podoba mi się idea dzbanka, jako wewnętrznego naczynia w którym zgromadzone są całe pokłady cierpliwości, pogodności, siły radzenia sobie z przeciwnościami losu i różnymi mniejszymi lub większymi kryzysami. W ciągu dnia wszelkie zdarzenia systematycznie podlewane są przez ten dzbanek, a jego pustość objawia się zmęczeniem, irytacją, warczeniem „bez powodu” na najbliższych, łatwością poddawania się trudnym emocjom. Jak to działa w praktyce? Kiedy wieczorem mam już dość absolutnie wszystkiego mówię tylko „mój dzbanek jest już prawie pusty”. Oznacza to, że sił mi starcza na niewiele, że przydałaby mi się pomoc i troska, że nie mogę już dźwigać trudnych spraw, potrzebuję odpoczynku oraz – co najważniejsze! – powarkuję nie dlatego, że robisz coś nie tak, ale dlatego, że jestem już u kresu wytrzymałości. Tyle znaczeń w jednym zdaniu! Albo w drugą stronę, kiedy mąż zastanawia się czy ktoś mnie mocno zirytował wystarczy, że powiem: „mam spory zapas w dzbanku dzisiaj” – co znaczy, że absolutnie nie jest to ponad moje siły, a wręcz przeciwnie, mogę sprostać wielu zadaniom tego dnia.

Smsowe priorytety
Hehe, to nie mój mąż. Jak widzicie zdjęcie, które nie wygląda jak zrobione kalkulatorem, to najprawdopodobniej pochodzi ono ze strony pixabay.com. Polecam, jeśli szukacie darmowej i legalnej bazy mnóstwa obrazów.

Na koniec pozostawiłam system z którego jestem najbardziej dumna, który spodoba się pragmatycznym umysłom wolącym konkret ponad metaforę. Od samego początku wiedziałam, że mój mąż nie lubi odbierać telefonów. Często też pochłonięty pracą lub innymi zajęciami zapomina na nie oddzwaniać. Niejednokrotnie, gdy mu na ten temat marudziłam, odpowiadał, że jak coś się dzieje to mam wysłać smsa i kiedy będzie mógł to oddzwoni. No ale jak tu w smsie zawrzeć tragiczna historię spalonego garnka? Jak wypłakać się na nieuprzejmego kuriera, lub dopytać o niezwykle istotne szczegóły pozapominanych terminów wizyt lekarskich? Ponadto większości telefonów wyświetlany jest od razu na górze ekranu początek wiadomości, co oznacza, że w kilku znakach powinna znaleźć się kwintesencja, temat moich utyskiwań, powód chęci kontaktowania się. Trudne? Ależ nie, ponieważ mamy całkiem sprawny i banalny system priorytetów. Jeśli jest jakaś ważna sprawa i potrzebuję kontaktu, wysyłam tylko wiadomość „prior.” plus literę oznaczającą, jak szybko spodziewam się oddzwonienia. A są to:

C – chciałabym pogadać, potrzebuję pobiadolić, zadzwoń jak będziesz dostępny, nic pilnego;
B – ważne i pilne! zadzwoń najszybciej jak będzie to możliwe;
A – KATAKLIZM! rzuć wszystko i dzwoń natychmiast po odczytaniu tej wiadomości!

Jak widzicie, w 7 znakach zawarta jest kwintesencja komunikatu. Co więcej, kiedy chcę się skontaktować jak najszybciej, bo rzecz wydaje mi się bardzo istotna, to zawieszając kciuk nad klawiaturą i decydując się na B lub A… zawsze wybieram B. Ten moment pozwala mi na nabranie dystansu do istotnych kryzysów, których jednak nie można równać z kataklizmami pokroju wypadku samochodowego, pożaru w domu, czy śmierci w rodzinie. Szczęśliwie, jeszcze nigdy nie wysłałam wiadomości prior.A i mam nadzieję, że długo się to nie zmieni.

A jak to działa u was? Czy macie jakieś tajne małżeńskie szyfry, dzięki którym łatwiej jest wam się komunikować? Czy porozumiewacie się z bliskimi przyjaciółmi „bez słów” a tak naprawdę po prostu używacie skrótów myślowych wypracowanych przez godziny rozmów? Zachęcam do pisania niżej, z chęcią powymieniam się doświadczeniami ❤

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

5 odpowiedzi na “Trudna sztuka komunikacji cz. II – działające skróty myślowe”

Ja jestem z tych, co stoją ze stoperem nad tym rosołem 😀
Mój mąż wie, że jak zaczynam mówić do dziecka „Dziecko drogie!” albo „Synuuuuu!”, to znaczy, że moja cierpliwość jest na wyczerpaniu 😉 Mamy też kilka naszych prywatnych określeń na ludzi i sytuacje, np. „Karta Mężczyzny” 😀

Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s