Kategorie
Pokój zwierzeń

Strach ma wielkie oczy

To moje trzecie podejście do wpisu o strachu. Czasy obecnie są nietęgie i jak to powiedziała jedna psycholożka – gdyby ktoś na nie reagował radością i spokojem, to wtedy moglibyśmy się dopiero martwić. Strach pozwalający przeżyć ludziom przez tysiące lat, dorobił się jak każda emocja wielu odcieni: od lekkiego dreszczyku poddenerwowania; przez niepokój każący nam rozglądać się wkoło gdy idziemy pustymi ulicami; przez tremę po dławiące ataki paniki, czy też mniej intensywny ale niestety przewlekły lęk. W duchu NVC (czyli porozumienia bez przemocy o którym pewnie też na dniach napiszę słów kilka) nie ma złych emocji, tylko są trudne, a strach z pewnością się do nich zalicza. Za każdym razem, gdy chciałam o nim pisać, wymykał się, lawirował, teksty rozrastały się do niesamowitych rozmiarów, by poddane autocenzurze legnąć w śmieciach. Pozwolę sobie zatem na trzy myśli nieuczesane dotyczące strachu. Rzecz będzie o mackach i małej śmierci, a na deser piosenka 🙂

Kiedy personifikacja nie jest antropomorficzna

Antropomorficzna personifikacja, to fantastyczny koncept Terry’ego Pratchetta, który w ten sposób wypełniał swój Świat Dysku przeróżnymi istotami pochodzącymi z masowej wyobraźni ludzi (zainteresowanych tematem odsyłam przede wszystkim do Wiedźmikołaja). Śmierć jako szkielet z kosą to przykład drastyczny, emocje z W głowie się nie mieści to przykład puchaty i również przystający do konceptu. Czy zastanawialiście się jak wyglądają wasze emocje? Dostałam kiedyś zadanie wyobrażenia sobie swojego strachu i choć początkowo podchodziłam do tego z lekceważącym uśmiechem, to wizualizacja okazała się nie tylko bardzo kształtna, ale też przydatna do pracy z tą emocją. Kiedy wyobrażam sobie swój Strach, przypomina on wielką kałamarnicę z setką wytrzeszczonych oczu. Ten mityczny stwór pozbawiony ust zaciska się na moich jelitach i wgapia we mnie w ramach prób komunikowania się. Niestety (albo stety) jestem z tych osób co strach zajadają – rozpycham trzewia jedzeniem, żeby ucisk trochę odpuścił. Gdy Strach za długo mnie gnębi, to przenosi się z jelit na barki. Przyciska mnie do ziemi, zmusza do zatrzymania się. Siedzi i co jakiś czas lodowatą macką pacnie po szyi, żebym przypadkiem o nim nie zapomniała. Macki nie są przyjemne, jest w ich konsystencji coś z założenia obrzydliwego i odstręczającego. A jednak wiem, że Strach się o mnie troszczy. Chce mnie ostrzec i ochronić przed zagrożeniem. To trudna przyjaźń.

Strach zabija duszę

Pozornie w kontrze do akceptowania i uznawania emocji stoi Litania Bene Geserit przeciwko strachowi pochodząca z serii Kroniki Diuny autorstwa Franka Herberta:

Nie wolno mi się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.

O świecie Diuny można rozprawiać godzinami. Podobnie jak o Bene Geserit – kobiecym zakonie tego świata, którego członkinie (w największym uproszczeniu) do granic możliwości rozwijały ludzkie możliwości fizyczne i psychiczne. Potrafiły np. świadomością kontrolować ciało do poziomu komórkowego (w tym też decydowanie o płci i rozwoju płodu), modulować głos tak aby ludzie wykonywali ich polecenia, wykrywać przez obserwację kłamstwa i wiele wiele innych. Bene Geserit miały też swoją Litanię, która często przywoływana jest przez bohaterów sagi, jako rodzaj mantry, czy modlitwy. Strach traktowany jest tutaj, jako pozostałość po zwierzęcej naturze, a skoro jesteśmy ludźmi to ów zwierzęcość nie powinna przejmować nad nami kontroli. Bo jeśli ją przejmuje, to zabija duszę, pozbawia nas decyzyjności. Więc trzeba dać mu przejść – poczuć go w ciele i poczuć jak odpuszcza, dzięki koncentracji na słowach wpojonej od dziecka Litanii. Nie wolno mi się bać (w oryginale I must not fear) interpretuję, jako moją decyzję, a nie odgórny zakaz bania się. Dla mnie to przejście jest właśnie akceptacją. Oddechem, włączeniem znów świadomości do steru. Strach jest dobry – ostrzega nas, ale już oddawanie mu sterów nie jest dobre. Tylko myślą możemy ocenić ryzyko, podjąć działania prewencyjne lub ratujące nam tyłek. Zwłaszcza w świecie, gdzie ucieczka albo atak niesamowicie rzadko rozwiązują problem.

Relaksująca piosenka na czasy pozbawione relaksu

W 2005 r. pewien młodzieniec jechał sobie londyńskim metrem. W pewnym momencie metro stanęło, światła zgasły. Wraz z masą nieznanych mu osób, chłopak wylądował w sytuacji bardzo mało komfortowej – wyrwany z codziennej rutyny, pozbawiony informacji, zamknięty pod ziemią w wielkiej metalowej puszce. Po jakimś czasie wszyscy zostali wypuszczeni, wskazano im drogę na najbliższą stację. Dowiedzieli się w końcu, że był zamach, wiele osób jest rannych, część z nich nie żyje. Czekając na dalsze instrukcje nasz bohater śpiewał sobie pod nosem „relax, take it easy, for there is nothing that we can do”. Po powrocie do domu naprędce napisał całą piosenkę, która już wkrótce miała stać się wielkim światowym hitem.

Przyznam się szczerze, że byłam przekonana, że jest to piosenka rozstaniowa a pociągi i stacje są tam zgrabną metaforą życia. Okazało się jednak, że Mika znalazł swoją własną Litanię przeciwko strachowi odwołując się do bardzo dobrej metody radzenia sobie ze stresem: znaj strefę swoich wpływów. Jeśli masz na coś wpływ – zmień to. Jeśli nie masz na coś wpływu – zmień sposób w jaki o tym myślisz. W wielu sytuacjach kryzysowych, kiedy macki zaciskają się stanowczo zbyt mocno, łatwo stracić z horyzontu to co możemy zrobić. Czasem jest to nic, tylko czekanie i śpiewanie o tym, że nic nie da się zrobić. Jest tam nie tylko akceptacja swojego stanu, ale też myśl, że często nie jest się samym w trudzie. Idąc za słowami piosenki: „ostatnią rzeczą jaka przyszłaby mi do głowy jest porzucenie ciebie (…) nie krzycz, jest wciąż tyle dróg.”

#zostanwdomu

Ostatnie dni nie są wypełnione strachem, ale czuję jego obecność. Czasem mamy „randkę”, kiedy daję się mu porwać w szalony taniec w którym jest stanowczo za dużo nóg i macek jednocześnie. Pozwalam sobie wtedy na płacz (rozluźnia) na słodkie (pozwala przekupić wewnętrzną kałamarnice) ale też na refleksję o tym, że strach w tych dniach jest ważny. Pomaga mi zostać w domu i dbać o to by epidemia zwolniła tempo. Gdybyśmy się nie bali, lekkomyślnie i brawurowo skończylibyśmy podobnie jak niektórzy nasi europejscy sąsiedzi bagatelizujący problem. Ważne jednak, żeby takie spotkania ze strachem miały swój ograniczony czas, by umieć powiedzieć mu „ok, a teraz już sobie idź, bo chciałabym trochę pożyć”. Czasem pomaga Litania wisząca nad zlewem w kuchni. Czasem dość raźna pioseneczka, która z kontekstem powstania nabrała dla mnie bardzo aktualnego zanaczenia. A co wam pomaga? Trzymacie sztamę ze strachem czy raczej nienawidzicie paskudka i zamknęliście go związanego w piwnicy?

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s