Kategorie
Kuchnia

Wielkie kulinarne sukcesy i nie tak wielkie porażki z okazji urodzin własnych

Choć ostatnio moja głowa pochłonięta jest raczej celulozą i wydrukowanymi na niej wzorami, to przy okazji wiadomej postanowiłam zakasać rękawy i powrócić do kuchni. Mięcho leciało (dosłownie i w przenośni) bo w końcu uroki fleksitarianizmu pozwalają świętować mięsnym posiłkiem obrzuconym tylko brokułami. Dla równowagi zamiast tortu zdecydowałam się na wegański mazurek. Co z tego wyszło? Zapraszam do poniższej relacji 🙂

Hamburger z tortownicy

Kiedyś myślałam, że tak robi się torty – ciasto i krem piecze się jednocześnie. Przepis na burgera dał mi zrealizować dziecięce fantazje kulinarne ❤

Jako użytkowniczka lidlomixa robota kuchennego Monsieur Cuisine dostępnego co jakiś czas w popularnej sieci sklepów Lidl, zaglądam regularnie po inspiracje na grupę miłośników tej maszyny. Są tam co rusz wykwity jednej konkretnej potrawy (efekt domina: jak jedna osoba robi, to potem wszystkie wrzucają zdjęcia swoich produkcji). I tak był rwany chlebek, makowiec w kształcie gwiazdy, świąteczne likiery, bułeczki, a ostatnio ścianę zalały mi gigantyczne burgery. Zrobione były w sposób nieoczywisty – mielone mięso wcześniej przygotowane na patelni wędrowało wprost do surowego ciasta drożdżowego i bułka piekła się z wkładem w środku. Uznałam, że to na tyle intrygujące, że wspaniale nadaje się na celebrację prywatnego jubileuszu. Nie obyło się bez kryzysów. Maszyna zagniotła ciasto, na patelni smaży się mielone gdy nagle odkryłam, że zamiast jednej tortownicy o średnicy 28cm mam dwie…. 17 i 18… Szczęśliwie (po przeprowadzeniu kilku obliczeń) wyszło, że powinno być dobrze i zamiast jednego burgera XXL będą dwa XL (chociaż XL+XL to 2XL hmm…). Zamierzałam nawet dać po jednym na talerz, ale placki były dostatecznie duże, by zadowolić się jednym na pół.

Elegancką bułę spokojnie można robić bez lidlomixa. Robot wyrabia tylko ciasto, które można wyrobić i bez robota.

Ekstrawagancki dodatek – brokuł, który smakuje nawet mojemu mężowi

Epicurious to genialny kanał na Youtubie o jedzeniu. Autorzy realizują różne serie, a jednym z pomysłów jest taki challenge w którym dwóch chefów – jeden domowy, drugi profesjonalny – zamieniają się składnikami. Odcinek, który dał nam nie tylko frajdę ale i praktyczne rozwiązanie dotyczące brokułów zamieszczam poniżej:

Bardzo ważne jest, aby przed szatkowaniem czosnku i imbiru mu przywalić. Kładzie się na delikwentach płazem nóż i uderza dłonią (przestrzenią między wzgórzem wenus a wzgórzem księżyca XD). Potem można siekać.

Zasadniczo brokuły powinno gotować się uber krótko, a potem najlepiej wciepać je do lodowatej wody, żeby zatrzymać proces gotowania. Chef Frank jednak dosadnie stwierdził, że jeśli brokuły, to tylko w piekarniku! Zalał je macerunkiem z oliwy, sosu sojowego, czosnku i imbiru, i po kwadransie były już gotowe. Za pierwszym razem gdy zrobiliśmy takiego brokuła, to nie mogłam uwierzyć! Sos sojowy i imbir przywodził skojarzenie z moim ukochanym sushi, a chrupkość warzywa była przyjemnym dodatkiem pozasmakowym. Od tamtej chwili mąż nie akceptuje innej formy tych miniaturowych drzewek. Urodzinowe podejście nie wyszło mi tak dobrze, a i tak cała porcja zniknęła na tyle szybko, że nie zdążyłam zrobić fotki…

Tradycyjny wypiek katastrofa urodzinowa

Sposób wałkowania podpatrzony z filmiku o cieście francuskim. Ciasto nie lepi się do wałka. Szkoda tylko, że nie miałam sił i cierpliwości, żeby rozwałkować je bardziej… Myślę, że przez to piekło się to cholerstwo tak długo.

Tradycja ta jest świeża, bo ma zaledwie 4 lata. Polega ona na totalnym masakrowaniu ciasta urodzinowego. Co bardzo istotne – absolutnie nie może to być masakrowanie celowe. Inauguracja tejże tradycji nastąpiła totalnym spaleniem silikonowej formy wraz z zawartością w piekarniku gazowym… W kolejnych edycjach tego wyzwania było nieco lepiej, a wczorajszy kataklizm był imponujący, choć ostatecznie smakowo dał radę. Mazurek dla początkujących pokazał mi jak nisko wciąż są moje umiejętności cukiernicze. Moje ciasto trzeba było piec dwa razy dłużej, bo pozostawało białe jak nogi rolnika latem. Krem orzechowy z konsystencji był raczej mleczkiem, bałam się bardzo, że polewa wyprze totalnie środkową warstwę i pozostanie niedopieczona podeszwa oblana bardzo ciekłą czekoladą z orzechową fosą. Pomimo kolejnej porcji mięsa ciśniętej w kierunku własnym oraz produktu mazurkopodobnego w końcu odpuściłam. Odetchnęłam i uznałam… „ok, no to będzie fondue”. I wiecie co? Chociaż wygląda to niezbyt estetycznie (kawałek zbitego ciasta ociekający brązowymi maziami), to jest to PYSZNE! Baza najmniej ujmuje, ale zarówno krem orzechowy, roztopiona gorzka czekolada i posypka w postaci orzechów laskowych i szczypty wiórków kokosowych tworzą razem bardzo wytrawną przyjemność. Słodkie i słone mieszają się ze sobą uzależniając i szybko sycąc. Mniam! Nie wiem co zrobić, żeby to tak wszystko nie pływało, ale jeśli ktoś nie boi się ryzyka popsucia potrawy tak jak ja, to smak jest zdecydowanie wart zachodu.

Poza ciastem (jak widać część „kremu” orzechowego pozostała na wierzchu) mamy w kadrze mój ulubiony kubek z Kittengersami, ciastka urodzinowe (hehehe, tak na prawdę chodzi o pudełko do taśm :P) oraz po prawej stronie śpi przecudnej urody sprezentowany mi kotek, który wyszedł spod rąk Mrs Biscuit. Inne takie przepiękności można pooglądać TUTAJ

ZAMIAST PLUSÓW I MINUSÓW

Jak dotąd, w zakończeniach postów przepisowych umieszczałam plusy i minusy testowanych dań. Dziś jednak tylko refleksja – warto próbować nowe przepisy, nawet jeśli masz pewność, że stare ci wychodzą 🙂 Jest frustracja, ale jest też sporo zabawy no i szczęśliwie… wyszło całkiem smacznie! Zwłaszcza ten katastrofalny placek smakował następnego dnia lepiej niż niejeden kupny baton. Polecam!

Autor: Alicja

Mój typ osobowości to Działacz czyli ENFP (ekstrawertyk, intuicyjny, uczuciowy, obserwujący). Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, że będę pisać o wszystkim :) Z zawodu muzyczka i nauczycielka (ach te feminatywy!), w domu amatorka kulinariów i czytatorka miliona poradników. Uwielbiam grzebać sobie i innym w głowach, dla relaksu konsumuję popkulturę.

2 odpowiedzi na “Wielkie kulinarne sukcesy i nie tak wielkie porażki z okazji urodzin własnych”

Miałam podobnie. Gdzieś po drodze zdarzyło mi się dojść do wniosku, że warto celebrować dni. I te drobne codzienności, ale też momenty wyjątkowe. Od kilku lat budujemy od nowa w małżeństwie znienawidzone przeze mnie dotąd święta (i te wiosenne i te zimowe), zaczęłam obchodzić urodziny (imieniny dalej olewam :P) i kilka innych takich punktów w roku, które uznaliśmy za warte uwagi. Nie twierdzę, że moje rozwiązanie jest najlepsze dla wszystkich. Czuję, że jest dobre dla mnie. Najpiękniejszy z tego wszystkiego jest wybór 🙂

Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s